Medal of Honor
Medal of Honor to jeden z nielicznych FPS (dobra było ich trochę) powstałych na Playstation (obok Quake 2 i Alien Ressurection, chyba najlepszy). Sukces „medala” spowodał powstanie kolejnych części, które zrewolucjonowały rynek FPS, a część jego twórców, która odeszła od macierzystej firmy stworzyła Call of Duty, i odtąd obie serie prześcigały się, która jest lepsza; nie o tym jednak będzie ten tekst.
Tematyka strzelanki to 2 Wojna Światowa, a mianowicie akcje wywiadu i sabotaż. Jeśli ktoś w tym momencie myśli o grach typu Commandos czy innych skradankach, to jest w błędzie, gdyż bohater gry: prawdziwy amerykanski bohater, w żadne podchody się nie bawi, na swoim rozgrzanym Thompsonie smaży hamburgery i frytki.
Fabuła jest prosta: jako american hero Patterson lądujemy we Francji w 1944 roku, a naszym jedynym zadaniem jest pokonanie Third Reich i tym samym wygranie wojny. Przed nami więc sporo misji na terenach okupowanych, gdzie autorzy sprytne upchnęli nam dodatkowe zadania niż tylko klasyczne dotarcie z punktu A do punktu B; musimy więc kolekcjonować dokumenty, wysadzać różne rzeczy, sabotować co się da czy naturalnie eliminować wszystkich strażników na planszy. W kilku planszach będziemy mieli możliwość cichych misji; w jednym zadaniu udało mi się dotrzeć do końca nie zabijając prawie nikogo; licząc na najlepsze odznaczenie, dostałem kopa w d… od gry, gdyż musiałem najwyraźniej wyeliminować wszystko.
O ile część starych FPS trąci już nieco myszką to w Medal of Honor gra się nadal wyśmienicie; wymiana ognia z niemieckimi żołnierzami jest cholernie satysfakcjonująca, gdyż wróg nie stoi jak kołek i nie czeka by go zastrzelić. Żołnierze uciekają, chowają się, prowadzą ogień z ukrycia, czy też rzucają granatami (ok, czasem nieporadnie, nieciekawie także im wychodzi reagowanie na nasze granaty), potrafią być jdnak zabójczy, zwłaszcza uzbrojeni w pistolety maszynowe. Autorzy dali nam dosyć spory arsenał broni; Garand, Thompson (jest i Mp 40), Colt 1911, wyrzutnia rakiet, granaty i kozacki Bar; przyznam, że pistolety maszynowe stały się moją ulubioną bronią. Postrzeleni wrogie różnie reagują, w zależności gdzie celowaliśmy, naturalnie strzał w głowę załatwia wszystko, ale dziwnym trafem, niemieckie hełmy są kulodoporne, za to do wyboru mamy nogi, ręce czy też tułów. Niestety w grze nie ujrzymy żadnej krwi, a ciała wrogów znikają.
Etapy z jakimi się zmierzymi są raczej krótkie, za to w pełni wypchane akcją, czas danego zadania wydłuża jeszcze wymóg spełnienia wszystkich powierzonych zadań i jeśli dotrzemy do końca levelu, nie zaliczając wszystkich celów, dostaniemy kopa od wujka Sama i ruszamy ponownie. Podobna sytuacja występujemy gdy zginiemy w boju (fajna animacja śmierci); rzecz oczywista.
Medal of Honor to różne scenerie; od romantycznej Francji nocą, po norweskie śniegi oraz działania na terenie samego szatana czyli Rzeszy. Grafika jak na 32bitowe Playstation jest zadziwiająco dobra; tekstury są raczej dopracowane (zarówno otoczenie jak i przeciwnicy), co prawda autorzy nie byli w stanie upchnąć tu wielu detali z powodów ograniczeń sprzętowych, ale zobaczymy np plakaty propagandowe Waffen-SS czy flagi Rzeszy na ścianiach, nie powiem, fajny smaczek. Postacie napotkane w grze mówią po niemiecku, co dodaje klimatu, w jednej z misji, z megafonów rozlega się głos, który nakazuje nam poddanie się, a włos nam z głowy nie spadnie; jak dla mnie bomba. Muzyka doskonale współgra z tematyką gry i w sumie innej bym sobie nie wyobrażał.
Scenariusz do gry napisał sam Steven Spielberg; szczerze mówiąc, nie przekonuje mnie to za bardzo, gdyż fabularnie Medal of Honor jest kiepściutki; Patterson jako amerykanski bohater wygrywający wojnę brzmi tandetnie. Liczy się jednak rozwałka i pod tym względem Medal nadal wymiata.







