Outlander

Uwielbiam kino post apokaliptyczne (dziś wraca do łask), tak samo jak i gry. W latach ’80 filmów o tej tematyce było sporo, i znacznie się różniły od współczesnych obrazów, część była dobra jak Mad Max (klasyk), reszta mniej dobra; Steel Dawn (Swayze), Cyborg (Van Damme), oraz cała masa produkcji klasy B np. After fall of New York, Dune Warriors, The Bronx Warriors, i inne. Outlander to gra do bólu przypominają pierwszego Mad Max’a (Mindscape nie miał licencji?), gdzie pozwiedzamy post apokaliptyczne Stany.
Nie ma co tu owijać w bawełnę, Outlander to bardzo cieniutki tytuł, gra na początku wydaje się być całkiem niezła, ale szał mija po paru minutach, gdy się okaże, akcja to jeżdżenie autkiem i zwiedzanie opuszczonych miast, co mógłbym przyrównać do średniej zręcznościówki. I tak przez całą grę! Mindscape ostro poleciało z tematem wydając takie coś; w gra w pewnym stopniu przypomina mi amigowy Wings, gdzie też mamy do czynienia wiecznie z tymi samymi misjami.
Plansza samochodowa to model jazdy ‘ala Lotus, plus bandziory na drodze, obrzucające nas koktajlami molotova, możemy ich eliminować dzięki karabinowi zamieszczonemu w naszej maszynie, niestety MG-42 to nie jest i strzelanie można sobie darować. Inną możliwością eliminacji maruderów jest strzał z dwururki, gdy zbliżą się zbyt blisko naszego woziku, wtedy nasz bohater niczym Mad Max może skasować każdego delikwenta, nie należy chłopaków lekceważyć, gdy ich podpuścimy zbyt blisko przywalą nam z kuszy. Przyznam, że element ze strzelbą jest przekozacki i rządzi, jeden z lepszych motywów jakie widziałem w grach video, jednak to za mało by uratować Outlander’a od bycia crapem.
Nasza furka nie jeździ na powietrze, a jak wiadomo w post apokaliptycznym świecie ten kto nie ma paliwa- nie jedzie i kończy jako karma dla sępów. W celu uzupełnienia drogocennego petrolu pozwiedzamy opuszczone wioski, gra informuje nas o tym poprzez charakterystyczny sygnał podczas rozgrywki. W miasteczku opuszczone nie są, a ich mieszkańcy zdecydowanie nas nie lubią; łysy osiłek, oraz panna shotgunem, zapewne wesoła radioaktywna para chce nas posłać do grobu, a na obu jest taka sama metoda: schylamy się i nawalamy piąchami, co prawda możemy im wypalić między oczy ze strzelby, ale lepiej oszczędzać amunicję. Czasem pojawi się punk z kuszą, i jego eliminacja jest bardziej skomplikowana, następny przeciwnik to… ostatni boss. Tak moi mili, wrogów w planszach zręcznościowych jest tylko trójka!!!
Z trudem dotrwałem do zakończenia gry i obejrzenia końcowej animacji… jedno z czołowych miejsc w top 10 najgorszych zakończeń gwarantowane. Prócz tragicznego gameplay’u Outlander ma dośc dobrą szatę graficzną. Prawie Lotus, tyle że wciąż widzimy ten sam widok, a mianowicie góry (może autorzy byli fanami gór) i niekończąca się autostrada, z wiadomych przyczyn miasta powtarzają się (mała pojemność kartridża). Muzyka to jeden kawałek, na szczęście dość charakterystyczny. By było śmieszniej, Mindscape postanowił swoim tytułem zawojować także Sege Genesis; obie wersje różnią się trochę. W segowskiej mamy widok z autka,więcej gadżetów znacznie gorsze sterowanie oraz fatalną muzykę & dźwięki, dlatego też zbyt długo przy tej wersji nie zabawiłem.
Jedyna rzecz, która ratuje Outlander’a od bycia totalnym niewypałem to post apokaliptyczny klimat i rzeczy znane z serii Mad Max, ale jak już wspominałem to zdecydowanie za mało, by nazwać ten crap choćby średnim tytułem.







