War Zone

Strefa Wojny to kolejna gierka z gatunku idź przed siebie i niszcz. Mamy amerykańskiego komandosa (tylko oni ratują świat, widział kto kiedy komando z Anglii czy Niemiec?!) wraz z nieodłącznym przyjacielem: wielką rurą miotającą setki pocisków na sekundę (niedorzeczny wygląd broni możemy podziwiać na obrazku tytułowym), stawiającego czoła nieznanemu wrogowi. War Zone nie posiada nawet fabuły. Z pudełka, bądź instrukcji możemy wyczytać, iż świat został zaatakowany przez nieznane siły, a naszym celem jest poprowadzenie sił aliantów do ataku. Nikt nie wie skąd pochodzi wróg i czego chce, ale cóż każdy pretekst jest dobry do rozwalenia paru łbów i czołgów.
Nieznany bohater ma więc osiem długich leveli do przebycia (w rzeczywistości cztery), a jego jedynym zadaniem jest dotarcie do końca planszy, pozbieranie fantów i rozwalenie bossa. Proste jak konstrukcja cepa. Po drodze napotkamy skrzyneczki z broniami, których wróg nie zdążył schować i w nasze wielkie komando łapska może wpaść taka maszyna destrukcji jak kulomiot (nie wiem kto wymyślił tę broń, ale powinna wygrać konkurs na najgłupszą spluwę w historii gier), laser, miotacz ognia, granatnik czy rakietnica. Dziwi nieco fakt, iż spokojnie możemy olać wszystkie bronie i skupić się tylko na rakietnicy, jest zdecydowanie najlepsza. Sytuacja wygląda inaczej gdy gramy we dwóch, wtedy jeden pacjent rozwala granatnikiem wrogów, którzy są umieszczeni poza zasięgiem naszych rakiet.
Na planszach możemy spotkać także chłopków przywiązanych tu i ówdzie do drzew. Są to zapewne patałachy, które zawiodły w walce z wrogiem i dostały się do niewoli (nasz bohater nawet będąc na celowniku wielu wrogów, mając jedną kreskę życia się nie poddaje!). Możemy ich uwalniać, przez co czasem rzucą nam apteczkę czy Power up’a do giwery, jednak przez większą część gry pruje się ślepo przed siebie, przez co przeważnie jeńcy giną trafieni zanim ich zobaczymy. Gdy dostajemy szlagi tracimy powoli Power up’y – gdy stracimy ostatniego utracimy broń i zostajemy z podstawowym sprzętem, który praktycznie nie nadaje się do niczego. Dobrym rozwiązaniem byłoby zbieranie broni i zmiana jakimś klawiszem, jednak autorzy stwierdzili, że tak jak jest będzie lepiej, przez co czasem przez pomyłkę można zamienić sobie giwerę na gorszą, zwyczajnie na nią włażąc. Czasem natrafimy na literkę S. Zbierając ją jesteśmy nieśmiertelni przez chwilę, więc gnamy wtedy przed siebie, rozrywając wszystko na swojej drodze. Bossowie w grze? Nie mogło ich zabraknąć i w War Zone; przeważnie w pozycjach tego typu jest to jakiś wielki (i zły) pojazd wojskowy i nie inaczej jest tutaj.
W czasie beztroskiego niszczenia wszystkiego wokoło nie towarzyszy nam niestety żaden podkład muzyczny (jedyny numer, zresztą całkiem kozacki to intro), a odgłosy są stosunkowo kiepskie; nasza kulkowa broń nie wydaje nawet charakterystycznego terkotu maszynowego gdy strzelamy, podoba mnie się za to odgłos gdy prujemy laserem. Autorzy zamiast wsadzać tyle leveli (cztery ostatnie to w zasadzie pozmieniane nieco pierwsze plansze) mogli nieco urozmaicić rozwałkę dodając muzyczkę. Grafika jest mocną stroną produktu i przebija większość podobnych gierek od tej strony (kieprawe konwersje Commando czy Ikari Warriors mogą się schować).
Jeśli mamy jaja i jesteśmy wytrwali, może uda się nam przebrnąć przez te osiem poziomów piekła i wyzwolić świat. Czy warto jednak? War Zone pomimo, że początkowo wciąga, to z planszy na plansze coraz bardziej irytuje, przez co polecam go tylko fanom takich tytułów i dla muzyki w intro.







