Metal Kombat

Metal Kombat to efekt pracy grupy zapaleńców, którzy postanowili stworzyć bijatykę. Gra ukazała się w 1995 roku i rynku amigowego (w Polsce jeszcze jakoś żyjącego) raczej nie zawojowała. Pamiętam, że miałem oryginał i musiałem dokupić dodatkową pamięć gdyż gierka nie chciała ruszyć. Wtedy tytuł ten nawet mi się podobał, każda gra wydana po 1994 roku była na wagę złota w końcu. Do gry wprowadza nas całkiem niezłe intro, gdzie dowiadujemy się, iż ludzkość została wymazana z planety w wyniku ataku bronią nuklearną, a gdy było już po wszystkim działające na ziemi fabryki zaczęły produkować roboty, których zadaniem miała być odbudowa ziemi. Jak to zwykle bywa coś poszło nie tak i doszło do podziału na Aminet i PC, dwa odrębne systemy a wojna wisiała w powietrzu.
W Metal Kombat wcielamy się naturalnie w rolę wojownika Aminetu, a naszym zadaniem będzie eliminacja głównego procesora i karty graficznej (joke) znienawidzonego wroga jakim jest niewątpliwie PC. Zaczniemy od wyboru naszego robota, którym dokonamy destrukcji i od razu mam zastrzeżenia – co to jest? Roboty wyglądają żałośnie i jedynie Cyborg, jako tako się prezentuje (jednak daleko mu do Cyborga z Rise of the Robots). Następnie możemy zdecydować czy będziemy grać przy muzyczce czy też przy dźwiękach. Wybierając drugą opcję, możemy zapodać ulubiony numer i delektować się samplami typu „na kawałki cię rozwalę”, ogólnie dźwięki w grze są biedne i zalecane jest włączenie muzyki, która jest zaskakująco dobra.
Niszczenie wrogich robotów wygląda także biednie, podobnie jak grafika. Rozumiem, że to polski produkt i nie posiadano budżetu, ale z czym do ludzi. Tła są brzydkie, roboty ruszają się okropnie ślamazarnie i wyglądają żałośnie (robot kura wymiata), a system walki polega na „albo my albo oni” (nigdy nie udało mi się odkryć jako takiej techniki, pozwalającej przetrwać dłużej). Gdy w porę nie wyeliminujemy żelastwa, przeciwnicy dotrą do naszego bohatera i będą go nieustannie tłuc; w razie potrzeby możemy uzupełnić energię wysysając ją z innych maszyn; sztuka ta jednak nie jest łatwa. Bossowie prócz zwykłych uderzeń, dysponują jeszcze dokładnie takimi samymi ciosami jak i my, więc trzeba uważać.
W niektórych planszach Aminet zrzuci nam rakiety i inne pociski, wtedy rozgrywka staje się dużo prostsza, ale i przeciwnicy ładują w nas ile wlezie. Autorzy stwierdzili także, że dobrym pomysłem będzie dodanie różnego sprzętu niszczącego w postaci samochodów, czołgów etc. Nie był to dobry pomysł, gdyż używanie maszyn woła o pomstę do nieba, a i wyglądają one tragicznie (gwiezdny myśliwiec wygląda jakby wycięty z kartonu). Do gry wsadzono jeszcze tryb strzelnicy i możliwość pojedynku między dwoma graczami. O ile drugi tryb ma sens, to nie rozumiem idei pierwszego…
Metal Kombat był słabym produktem gdy się ukazał, ale uzyskał jakąś tam popularność w myśl zasady „na bezrybiu i rak ryba”, gdyż rynek amigowy praktycznie leżał. Jedyne plusy w grze to sample mowy, tak złe, że aż nawet zabawne oraz jeden z motywów muzycznych. Lepiej wypromowany miałby pewnie szansę na puszczanie w dyskotekach u wschodnich sąsiadów.







