Doman: Grzechy Ardana

Doman: Grzechy Ardana został wydany tuż po Franko w 1995 roku. Chłopaki z World Software tym razem przenoszą nas w czasy fantasy, gdzie wszelkie problemy rozwiązywało się mieczem. Pierwsze skojarzenie to oczywiście Golden Axe, ale Doman ma nieco więcej do zaoferowania. Fabuła gry jest niezwykle prosta. Do krainy rządzonej przez osobnika imieniem Ardan, przybywa tytułowy bohater. Gdy dowiaduje się, że ludziom, żyje się źle, gdyż władca jest niezwykle okrutny, postanawia położyć temu kres. W karczmie poznaje Baurusa: blondo włosego ziomka lubiącego topory, i obaj wyruszą do zamku Ardana. W oryginalnej wersji gry (kartonowe pudełko, instrukcja: tak tak, tak kiedyś wydawano gry), mieliśmy do czynienia z opowiadaniem, które odpowiednio wprowadzało w grę (gdzieś jeszcze zalega u mnie na półce)- mimo, że napisane prostym językiem, miało klimat.
Zanim ruszymy w bój, musimy wybrać w menu czy w czasie wyprawy towarzyszyć nam będzie muzyka, czy też efekty dźwiękowe (posiadacze słabych Amig nie mieli wtedy tego problemu, gdyż bez większej ilości pamięci gra nie posiadała, ani tego, ani tego). Wybór dosyć ważny gdyż, wybierając muzykę towarzyszyć nam będzie… jeden moduł muzyczny! Z efektami jest nieco lepiej, choć są to przeważnie kiepskiej jakości sample typu padający deszczyk czy też wiejący wietrzyk. Pozostaje jeszcze wybrać bohatera. Mniej ważna czynność gdyż nie różnią się niczym: standardowo wybieramy Domana, w końcu tak nazywa się gra.
Nim zmierzymy się z Ardanem czeka na nas zastęp wrogów. Od zwykłych żołnierzy (nie wiedzieć czemu w grze nazwani zwyczajnie soldier),nieco lepszych szermierzy, kuszników/łuczników, po gości z dwuręcznymi mieczami. Ci ostatni są niezwykle groźni, cztery ciosy i Doman żegna się z głową (a ma ich siedem, plus dwie kontynuacje). Napotkamy jeszcze bossów, i w przeciwieństwie do leszczy z Franko: The Crazy Revenge, Slavo, Hector i Sandius (epickie imiona), nie pier… się z nami. World Software uczynili swój produkt ciekawy pod względem systemu walki jak i broni. Sprzętu jest kilka sztuk (mój ulubiony to standardowy mieczyk): miecz, topór, korbacz po potężną halabardę. Jest jeszcze kusza, ale nie polecam jej w grze jedno osobowej. Oręż otrzymujemy od napotkanych postaci, które jeszcze zabawią nas monologiem (Doman jest cichym typem)są to niestety tylko nieruchome elementy tła, ale ich obecność cieszy.
Walka w Domanie jest duża ciekawsza niż we Franko. Możemy ciąć, uderzać z nad głowy, oraz łapać przeciwnika by dać mu z basi czy przerzucić, by potem dobić, a naciskając fire tuż przed uderzeniem wroga Doman ładnie sparuje uderzenie. Przeciwnicy nie łapią nas jak w… wiadomo jakim tytule, potrafią za to wyłazić poza ekran, co niezwykle denerwuje, zwłaszcza w przypadku strzelających wrogów, którzy ochoczo ładują w nas strzały będąc niewidoczni. Jednorazowo na ekranie nadal może być tylko trzech przeciwników, jednak tutaj ciała znikają (nie dziwne, mała pojemność dysku). Pomiędzy levelami mamy do czynienia ze śmiesznymi scenkami, gdzie jeden z podwładnych Ardana melduje o naszych postępach (panie, barbarzyńca wciąż napiera!), oraz jedną mini grą.
Jak to przystało na polski produkt lat ’90 grafika jest delikatnie mówiąc średnia, tła malowane w deluxe paint, jednak mimo wszystko scenerie zmieniają się i na naszej drodze spotkamy zrujnowane wioski, bagna, ponure zamczysko czy Dolinę Wisielców. Średnio na jeża prezentują się wrogowie jak i bohaterowie, ich animacja jest ciut gorsza niż we Franko, a tempo rozgrywki nieco ślamazarne. Brak większej ilości modułów zmusza nas do słuchania efektów dźwiękowych.









